Yangshuo – perła południowych Chin

0
yangshuo

Korzystając z kilku dni wolnego postanowiłem wybrać się do Yangshuo, jednego z najpiękniejszych miejsc południowych Chin, którego sława wykracza daleko poza baszty wielkiego muru. 

Każdego roku, na początku października, miliony chińczyków rozjeżdżają się po Chinach, by skorzystać z kilku dni urlopu, otrzymanego za sprawą złotego tygodnia. Gro z tej ludzkiej rzeki rozpływa się po mieścinach, wioskach i wioseczkach tak małych, że nawet lokalne władze nie wiedzą o ich istnieniu. Spędzając każdą chwilę w objęciach bliskich, przepadają jak przysłowiowy kamień w wodzie.

Jednak jakkolwiek wielka część społeczeństwa by to nie była, zawsze znajdzie się ktoś, kto woli spędzić czas na zwiedzaniu jednego z wielu chińskich cudów natury. Przebywając na południu, daleko od wypchanej zabytkami stolicy, czy też relatywnie bogatego w urokliwe zakątki centrum Chin, jedną z popularniejszych destynacji jest właśnie wspomniane wcześniej Yangshuo.

Miasto samo w sobie, jakoś szczególnie nie powala. Ciągnące się na przestrzeni kilku kilometrów, wypchane hotelami, restauracjami oraz agencjami turystycznymi jest miejscem stworzonym do jak najefektywniejszego wyczyszczenia portfeli turystów. Przechadzając się tutejszymi uliczkami, warto dotrzeć na West Street, ulicę która zapchana jest przybytkami sprofilowanymi pod przybyszów zza wielkiej wody. Większość tutejszych hosteli prowadzona jest przez osiadłych przed laty różnej maści włóczęgów, którzy ulegli magnetyzmowi okolicznych scenerii.

Wszędzie gdzie nie spojrzeć, dostrzec można masywne krasowe ostańce, które swym bezczelnym oporem wobec wszelakiej maści zjawisk erozyjnych, z pewnością zachwyciły niejednego przybysza. No bo jak to możliwe, że z płaskiej jak blat stołu ziemi wyrastają te kolosy? Czyżby jakaś pradawna cywilizacja porzuciła swe statki kosmiczne, sprytnie maskując je pod grubą warstwą kamienia? Bądź też są to łuski i kości pradawnego smoka, który w przedśmiertnych konwulsjach wyżłobił koryta okolicznych rzek?

Wszystkim zmierzającym do Yangshuo, zdecydowanie polecam oddalić się od miejskiego harmidru, najlepiej przy pomocy wypożyczonego wcześniej skutera. Za jedyne 120 juanów (60 złotych) dostajemy spalinowego potwora, z brzuchem pełnym paliwa, który spokojnie powiezie nas 80-90 km na godzinę. W Chinach nikt nie przejmuje się instalowaniem ograniczników prędkości, zakładając pewnie, że różnica pomiędzy 50-ką a 90-ką to żadna różnica. Tak jak to było w moim przypadku, najlepiej umówić się na odbiór skutera wczesnym rankiem, około 6-7, tak by zdążyć oddalić się od miasta, nim cała imprezowa klientela powstanie z barłogów i wyleje się na ulice.Podczas całodniowej przejażdżki zdążyłem zobaczyć większość polecanych przez obsługę hostelu miejsc, podróżując przy tym bardzo urokliwymi bocznymi drogami, wijącymi się pomiędzy strzelistymi ostańcami. Czasami zdarzyło mi się trafić na ślepy zaułek, ale wtedy wystarczyło wrócić do wcześniejszego skrzyżowania i spróbować alternatywnej trasy.

Dla tych, którym jazda chińskim skuterem, po chińskiej ziemi, w otoczeniu chińskich kierowców wydaje się ryzykownym przedsięwzięciem, alternatywą pozostaje wynajęcie roweru i niespieszne pedałowanie pośród otaczającego piękna. Można też spróbować zabrać sobie na pamiątkę kawałek Księżycowego Wzgórza. Tylko kto tą dziurę potem załata?

Tak naprawdę, to odkrywanie okolic Yangshuo przy pomocy roweru i skutera, jest jak zlizywanie lukru z pączków przez okno wystawowe. Dla tych, którym marzy się podróż w przeszłość, do czasów kiedy prąd był domeną bogów, a okolicami władały wioskowe starszyzny, nie pozostaje nic innego jak rozsiąść się wygonie na jednej z tysiąca spływających okolicznymi rzekami tratw i zanurzyć się w ciszy. Szczególnie polecam rzekę Li. Oczywiście, ponownie zalecam by udać się tam wczesnym rankiem. Wypływając około godziny 8, nasza tratwa była jedyną jednostką leniwie podążającą za nurtem wody.

Jako ciekawostkę należy dodać, że scena uwieńczająca piękno okolic Yangshuo została umieszczona na rewersie banknotu 20-sto juanowego.

Related Posts