Na chińskim targu

0
chiński targ

Nie ma co ukrywać, że dla mieszkającego w Chinach mężczyzny, gotowanie to jedna z ostatnich rzeczy o jakich musi myśleć. Mrowie wyśmienitych restauracji, niskie ceny oraz widmo ewentualnego zmywania naczyń skutecznie zniechęcają do podejmowania jakichkolwiek prób kulinarnych. Pomimo tego najdzie człowieka czasem taka ochota na schaboszczaka, że nie poradzisz. Wiedziony wtedy nieokiełznaną żądzą mięsiwa w chrupiącej panierce, kieruję swe kroki w stronę najbliższego targu.

Wraz z dotarciem na położone nieopodal skupisko straganów, wkraczam w świat, o istnieniu którego miałem dotychczas mgliste pojęcie. Co prawda, mieszkając w rodzinnym Oleśnie bywałem z mamą na miejscowym targu, lecz wówczas moja rola ograniczała się do funkcji tragarza, ewentualnie chłopca od „Oj! zapomniałam pietruszki. Możesz skoczyć i kupić? Masz tu 10 złotych, tylko przynieś resztę!”.

Wkroczyłem zatem w ten chiński mikrosystem, z zamiarem kupna świńskiego schabu, ziemniaków oraz kilku warzyw na sałatkę.

Na przywitanie, pierwsza niespodzianka. Otóż wyobraź sobie drogi Czytelniku, że w Chinach ziemniaka traktuje się jak warzywo, czyli nie sprzedaje się go na worki. Bez zbędnej krępacji można chwycić w dłoń kartofla, pooglądać z każdej strony, pokręcić nosem, odłożyć, zlustrować drugiego, trzeciego i czwartego po czym zdecydować się na pierwszego. Z premedytacją pogrzebałem sobie w kopczyku, myślami przenosząc się do Polski. Oj dałaby mi popalić za takie wygłupy nasza rodzima sklepowa, oj dała.

Kolejna niespodzianka czekała na mnie w sekcji mięsnej. Schabowego sprzedają z tłuszczem a kurczaki  albo w całości, albo a jakiejś dziwnej połowicznej kombinacji. Można oczywiście poprosić o odseparowanie tłuszczu, ale potraktowane to zostanie jako wymysł białego. Zatem kupuję w całości, w domu odcinam i wkładam do zamrażalnika bo wyrzucać szkoda. Mam taki plan, że pewnego dnia jak już nazbieram wystarczającą ilość, natopię sobie smalcu, upiekę chleba na zakwasie i zaproszę znajomych na wódę po polsku. Tylko ogórki kiszone będzie trzeba jeszcze skądś wytrzasnąć.

Zapomniałem dodać, że drób uśmiercany jest na miejscu. Można sobie wybrać gołębia, kurczaka czy też kaczkę i ciach! Sprawna ręka rzeźnika w kilka minut upora się z powierzonym zadaniem. Podobnie rzecz ma się w przypadku ryb, za przygotowywaniem których zbytnio nie przepadam, ale czasem przechodzę obok popatrzeć na te skaczące, pełzające i pływające chińskie dziwolągi.

Wychodząc z targu zahaczam jeszcze o sekcję z owocami, bo trzeba kiedyś nadrobić te witaminowe zaległości z czasów studenckich. Na szczęście, południowe Chiny to istne owocowe eldorado, w którym każdy, nawet największy niejadek znajdzie coś dla siebie.  W moim wypadku są to soczyste mandarynki oraz pomelo.

Co do samego procesu zakupowego, to myślę że nie różni się on znacznie od tego naszego, rodzimego. Pani podaje cenę, po czym trzeba trochę ponarzekać, że te pomidory za mało czerwone, ziemniaki za brudne, mięso za tłuste, czy też mandarynki za bardzo „ugałęzione”. No bo jak tu coś kupić, uprzednio się nie targując. Toż to się nie godzi, nawet jeżeli rozchodzi się tylko o jednego juana!

Related Posts