Babcia Józia z Kazachstanu

0

Jest 5 października 1935 roku. Rząd Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej przyjął postanowienie nr 1321/149 o przesiedleniu 300 rodzin z Polskiego Rejonu Narodowego im. Juliana Marchlewskiego.

Według zachowanych dokumentów pośród w/w rodzin przejawiał się „element politycznie nieprawomyślny”, czyli polski kontrrewolucyjny element nacjonalistyczny, osoby otrzymujące pomoc z Niemiec, byli uczestnicy organizacji antybolszewickich,  byli ziemianie i szlachta, aktyw kościelny, byli członkowie WP, byli agitatorzy antyradzieccy oraz byli żandarmi.

Choć skala tego zdarzenia wydaje się znikoma, miało ono bardzo poważnie konsekwencje. Pokazało to bowiem NKWD oraz rządzącym ZSRR jak w łatwy sposób rozwiązać problem ludności, która była sceptyczna wobec koncepcji komunizmu serwowanego przez Związek Radziecki. W tym samym czasie, w odległym o kilka tysięcy kilometrów Kazachstanie odgrywany był drugi akt jednej z najtragiczniejszych sztuk kiedykolwiek wystawionych na deskach złotego stepu.

Jej głównymi reżyserami byli niosący braterską pomoc towarzysze z północy. Dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu, ich działania można porównać do ślepca uzbrojonego w kij golfowy, starającego się upolować muchę  niewinnie pobrzękującą w składzie porcelany. Zaledwie kilka lat  wystarczyło, by co drugiego obywatela Kazachstanu pozbawić życia lub zmusić do emigracyjnej ucieczki przed śmiercią.

Radziecka  logika kacapa na stanowisku była bardzo prosta: Jest ziemia do zagospodarowania, są ludzie których trzeba gdzieś wywieźć. Tym sposobem w latach 1935-1937 samych Polaków przesiedlono ponad 36 tysięcy.

Zgodnie z planem mieli trafić do odpowiednio przygotowanych obozów, zaopatrzonych w materiały do budowy domów oraz wystarczającą ilość jedzenia by przetrwać do pierwszych żniw. W rzeczywistościwiększość trafiła w szczere pole, na którym znajdowała się tylko tabliczka z numerem. To miał być ich przyszły dom, którego budowę okupili głodem, cierpieniem a w wielu przypadkach życiem.

Słuchając opowieści spotkanych w Kazachstanie Polaków nie mogłem sobie wyobrazić, by po takich doświadczeniach ktokolwiek mógł zachować w sobie choć odrobinę ciepła i uśmiechu. Na szczęście, los po raz kolejny skorygował moje wyobrażenia. Pewnego dnia poznałem Babcię Józię, starszą Panią, której lekcję życiową zapamiętam do końca swoich dni.

Babcia Józia – wywiad

– Nazywam się Józefa Rozwicka, po mężu Chodorowska, ale wszyscy mówią do mnie Babcia Józia.

– Jak to się stało, że trafiła Pani do Kazachstanu?

– Miałam 11 lat, kiedy we wrześniu 1936 przyszli jacyś ludzie i powiedzieli, że mamy 24 godziny żeby się spakować na drogę. Nie powiedziano nam gdzie mamy jechać.

– Ile pozwolono Wam zabrać?

– Dużo, nie żeby cały wóz, ale mieliśmy sporo czasu na pakowanie. Mama zabrała nawet kamień do przyciskania kiszonej kapusty w beczce. „No bo co, jak tam nie będzie kamieni gdzie nas wywiozą?”

– Jak wyglądała podróż do Kazachstanu?

– Po tych 24 godzinach zabrali nas na stację kolejową w Jabłońcu. Tam wsadzono nas w wagony towarowe, w których jechaliśmy ponad dwa tygodnie. Razem z nami w pociągu było jeszcze kilka polskich rodzin, a reszta to Niemcy z naszej okolicy.

– Po drodze, kiedy zaczęliśmy się już zbliżać do Kazachstanu, na którejś ze stacji zobaczyliśmy, że sprzedają arbuzy. Och jakie one były pyszne! Kiedyś arbuzy można było jeść ze skórką, nie jak teraz te chemiczne, potruć się można. A dynie jakie wielkie widzieliśmy. U nas na Ukrainie tego nie było. Tam tylko żyto, wszędzie gdzie popatrzeć żyto. I chleb z tego taki smaczny i zdrowy piekliśmy. W Kazachstanie siano za to tylko pszenicę, a z niej już takiego dobrego chleba zrobić się nie da.

– W końcu dojechaliśmy tym pociągiem do miejscowości Koksu, gdzie przesadzono nas na bryczki. Po kilkunastu godzinach tłuczenia się dotarliśmy do starego domu w Czubarze.

– Domu?

– Tak, tak domu. Była to taka mała chatka, dwie izby. Bo tutaj wcześniej mieszkali Rosjanie, ale ich przeniesiono i domy po nich puste zostały. Do środka wsadzili nas i jeszcze inną rodzinę – 11 osób. Ciasno było, ale można się było przed zimną schronić. Dzięki Bogu, że w tym 36. roku nas tutaj wywieźli.

– Dlaczego?

– Bo my mieliśmy gdzie zamieszkać. Przy domkach były ogrody, drzewa owocowe. Rosjanie to byli pracowici ludzie i ładnie się tutaj urządzili. Ci co na Ukrainie zostali i których później przesiedlano (red. w 1937, 1940-1941 r.) nie mieli tyle szczęścia. Ich nocą łapali i w tajgę wywozili, w błoto (red. do północnego Kazachstanu). Tam nie było niczego, tylko słupki z numerem osady.  Sami musieli w zmarzniętej ziemi kopać, ziemianki stawiać. Jeść nie mieli czego, z głodu pomarli. Z naszej rodziny, tak mamy i taty braci wywieźli. Przepadli bez wieści.

– Jak sobie poradziliście w tych pierwszych latach?

– U nas, w pierwszym roku był straszny głód. Z domu nie wzięliśmy tyle, żeby przez całą zimę przetrwać. Ludzie zaczęli do chleba miejscowe ziele dodawać. Dużo osób się strasznie potruło, my także. Na szczęście, nikt z mojej rodziny od tego nie umarł.

– Później, jak już wiosna przyszła, to zaczęliśmy w ogrodzie pracować. Rosjanie nas nauczyli jak oporządzać warzywa, bo u nas w rodzinie nikt wcześniej tego nie robił. I tak po cichutku sobie tutaj żyliśmy. Jak tylko trochę podrosłam, zaczęłam razem z mamą i siostrą Janiną chodzić do pracy w kołchozie. Pracowałyśmy przy burakach od rana do nocy. Każdy miał przydzielony kawałek ziemi, którym się zajmował. Potem się te buraki „sprzedawało” w zamian za mąkę.

– Co było powodem Waszego zesłania?

– W papierach, które po komunie dostaliśmy napisano, że wywieziono nas jako wrogów narodu – Polaków, Niemców, Białorusinów, Żydów… W czasie wojny przyjechał do Czubaru komendant, który zabronił opuszczania miejscowości bez jego zgody. Trzeba się było co miesiąc u niego meldować i podpisywać papiery, że nigdzie jeździć nie będziemy. Nawet do sąsiedniej wioski, na  zakupy, bez pozwolenia nie puszczali. Pewnego razu wezwał mnie komendant i zaczął krzyczeć:

– Gdzie jeździłaś?!

– Nigdzie!

– Mów gdzie jeździłaś!

– Nigdzie nie jeździłam.

– Mów natychmiast! – przy czym krzyczał i uderzał rewolwerem w stół.

Dopiero jak zaczęłam płakać i się zarzekać, że nigdzie nie jeździłam to mnie puścił. Ktoś na mnie musiał donieść. Eh, niech mu Pan Bóg wybaczy. Bardzo się bałam, że mnie ten komendant zastrzeli.

I tak do 1956 roku nic nie wolno było.

– Nawet po polsku rozmawiać?

– Też. Na początku, z rok mówiliśmy między sobą po polsku, ale później rodzice zabronili. Kazali tylko po rosyjsku. Teraz wiem, że się o nas bali. Tych co nie umieli dobrze po rosyjsku mówić, to w szkole gnębili, złe oceny wystawiali. Rodzice chcieli byśmy wiedzę zdobyli, na ludzi wyrośli. I tak dla przykładu, brat mój został głównym agronomem Kazachstanu.

– Ale kulturę polską zachowaliście?

– Tak. Może i w domu po rosyjsku mówiliśmy, ale za to w skryciu, potajemnie po polsku się modliliśmy.

– Dlaczego potajemnie?

– Bo nie wolno było. Księży do wiezień wsadzali, kościołów zabronili budować. Także co niedzielę schodziliśmy się potajemnie do sąsiadów i tam jedna z kobiet prowadziła mszę.

– Pewnego razu, kiedy pracowaliśmy w ogrodzie, przyszedł do nas w odwiedziny jakiś mężczyzna. Ludzie powiedzieli, że to ojciec Kaszub przyjechał. Mama jak tylko usłyszała to pobiegła i zaraz do domu zabrała. To był ksiądz, Polak, który potajemnie jeździł od wioski do wioski. Och jaka radość wtedy u nas była. Moi rodzice mieli akurat srebrne gody, to im ksiądz błogosławieństwa udzielił. Mszę odprawił, wyspowiadał, dzieci ochrzcił. Jak się wszyscy wtedy radowali.

– Po wojnie czym się Pani zajmowała?

– Po wojnie wyszłam za Kolę Chodorowskiego. Dobry to był człowiek, robotny i pomocny. On pracował w kołchozach na traktorze, a ja poszłam uczyć do szkoły w Czubarze. Później źle nam tutaj nie było. Praca była, jeść co było, dzieci nam porosły. Nic tylko Bogu dziękować, że nas uchował od zguby. Po 1956 roku, kiedy przyszła odwilż pozwolili wracać do kraju. Wtedy prawie wszyscy Niemcy wyjechali, część Polaków też. Ale większość została.

– Pani nie chciała wracać?

–  Do czego? Ja tutaj męża miałam,  cała moja rodzina w Kazachstanie. Tu było moje miejsce. Tutaj dzieci w szkole uczyłam, nie mogłam ich tak zostawić. Zresztą,  żyło nam się dobrze. Biednie, ale szczęśliwie.

– A dzisiaj, z wizytą do Polski się wybrać?

– Gdzie mi tam. Ja już stara, młodzi niech jadą, szczęścia szukają. Ja tutaj zostanę. Tu jest moje miejsce.

– Dziękuję bardzo za rozmowę i zdrowia Pani życzę.

– Bóg zapłać.

Related Posts