Wlochy

  • Start
  • Włochy
  • W drodze do Grado, czyli autostopem do Włoch
Write a comment

 

miasto grado

Był ciepły kwietniowy, prawie majowy, poranek (10 rano, to wg mnie wciąż poranek ;)). W powietrzu wisiała zapowiedź przygody. Już za chwilę miałam wyciągnąć kciuk w stronę Włoch. Czułam ekscytację wymieszaną ze strachem. Bo co jeśli nikt się nie zatrzyma? A jeśli trafimy na wariata? Do tego szykował się nocleg na dziko. W tej kwestii w ogóle nie miałam doświadczenia. Na szczęście chęć przeżycia czegoś nowego była na tyle silna, że obawy, mimo że wciąż się we mnie tliły, były skutecznie zagłuszane.

29 kwietnia 2010 zaczęłam swoją przygodę z autostopem. Zaczęłam w miejscu znanym chyba każdemu polskiemu autostopowiczowi – na Orlenie na Bielanach Wrocławskich. Towarzyszyli mi Ania, Szuma i Krzysiek.
Dziewczyny próbowały zatrzymać kierowców dopiero wjeżdżających na autostradę, a my z Krzyśkiem łudziliśmy się, że zostaniemy zauważeni przez tych, którzy już po niej pędzili. Szybko pozbyliśmy się złudzeń i poszliśmy zobaczyć, co u dziewczyn. Już ich nie było ;) Na nasz uśmiech losu nie czekaliśmy długo, już pół godziny później również gnaliśmy autostradą w stronę Zgorzelca. Nasz kierowca był Niemcem, ale mimo to świetnie porozumiewaliśmy się w języku polskim. Tak, takie cuda też się zdarzają.

Następny przystanek mieliśmy już na stacji benzynowej przy granicy. Próbowałam zagadywać kierowców, ale wszyscy zgodnie twierdzili, że jadą na wschód, nie na zachód. Lekko zrezygnowana wróciłam do Krzyśka by wspólnie łapać na kartkę. Na szczęście słońce już przygrzewało, przemieściliśmy o 160km, więc humor nas nie opuszczał. Oczywiście znów nie czekaliśmy długo. Przybiegł (!) do nas kierowca z pytaniem: „Chcecie jechać ze mną do Ingolstadt?” „A gdzie to jest?” „Kawałek przed Monachium” „Jasne! :)”. Tak poznaliśmy Tomka, który jechał dorobić pracując przy uprawach chmielu. Droga mijała nam bardzo sympatycznie, za oknem królowała soczysta bawarska zieleń. Było pięknie. Do tego stopnia, że Tomek nadłożył 50km, żeby wysadzić nas na lepszej stacji. Tu w końcu złapaliśmy pierwszego TIRa! Jadąc do Krakowa tak nam się marzyła ciężarówka i tyle musiałam na nią czekać. Co ciekawe teraz w czasie każdej przejażdżki autostopowej kierowcy się dziwią, że osobówki też podwożą. Zdecydowanie podwożą, równie często co TIRy.
Mieliśmy niezłego farta, dogoniliśmy dziewczyny i zapowiadał się wspólny nocleg na stacji benzynowej w Salzburgu. Krążąc wokół stacji i szukając idealnego miejsca do rozbicia obozowiska znaleźliśmy furtkę w ogrodzeniu prowadzącą na zakrzaczoną łąkę. Idealne rozwiązanie na pierwszą noc.

Rano wydawało się, że dzień jest pochmurny, ale to była zmyłka. Słońce po prostu wciąż nie wynurzyło się zza gór. No właśnie, Alpy! Wczoraj nawet nie myślałam, że już do nich dojechaliśmy, a rano okazało się, że śpimy u ich stóp.

Dzień zaczęliśmy bardzo dobrze, złapaliśmy dwa TIRy jadące razem chyba do Triestu, gdzie mieli złapać prom do Turcji. Tak, nasi kierowcy byli Turkami i nie znali żadnego języka, którym my byśmy się posługiwali. Mimo tego Majid zagadał do nas o ostatnich wydarzeniach dotyczących naszego kraju „prezident, Raszia, bum!”.

 

autostopem do Włoch

 

Droga mijała nam przyjemnie, autostrada wiodła przez środek Alp, co jakiś czas pojawiał się zameczek, który Majid wskazywał z entuzjazmem. W zachwycie ciągle  pstrykaliśmy zdjęcia, nawet nasz kierowca wyciągnął telefon, żeby coś cyknąć. Tak poznałam jedną z tureckich miłości – zdjęcia :) Bez próśb o „foto” też się nie obyło.

Wspólnie dojechaliśmy do Udine, które okazało się czarną dziurą. Spędziliśmy tu dobrych parę godzin zagadując wszystkich kierowców. Słońce było coraz niżej, kierowców było coraz mniej, a pracownik stacji benzynowej wyglądał jakby chciał nas zamordować.

Dziewczynom się poszczęściło, szybciej wydostały się do Palmanovy, a stąd złapały transport do Grado zaliczając postój w winnicy, na degustację wina. Ich kierowca wskazał im nawet miejsce na dobry nocleg.

My jednak czekaliśmy i kwitliśmy dalej pod Udine. Gdy opuszczała nas nadzieja w końcu jeden kierowca zdecydował się nas podwieźć do Palmanovy. Nareszcie! Tu spotkała nas miła niespodzianka, zjechaliśmy już z autostrady, znaleźliśmy się w miasteczku, stanęliśmy przy skrzyżowaniu, chcieliśmy zdjąć plecaki a tu już ktoś do nas machał z samochodu. Mieliśmy transport na kolejne parę kilometrów do Cervigniano del Friuli. Tu próbowaliśmy łapać dalej, ale ruch był mizerny a wkoło panowała już noc. Ruszyliśmy do przodu, dziewczyny dały nam znać o miejscówce na nocleg tuż za Aquileią, to przecież niedaleko ;) Niestety, gdy noc jest ciepła, na plecach ma się 10kg a woda ma się ku końcowi każdy kilometr dłuży się w nieskończoność. Nawet Aquileia, mimo że miała w sobie urok antycznego miasteczka ciągnęła się stanowczo za długo. Marzyliśmy o tym, żeby nareszcie się położyć, dlatego po minięciu ostatniego domu (jakieś 200m od niego) rozbiliśmy namiot, w winnicy nie szukając lepszego miejsca. Ledwo się ułożyliśmy, a zmęczenie zaczęło nas opuszczać, usłyszałam psa. „No nie właściciel spuścił na nas psy!” serio to była pierwsza myśl. Oczywiście nie miała nic wspólnego z rzeczywistością, po prostu ktoś wyszedł z psem na wieczorny spacer. Martwiliśmy się, że teraz odwiedzą nas karabinierzy, ale nie mieliśmy siły ruszyć się dalej…

 

 

 

 

Say something here...
Loading comment... The comment will be refreshed after 00:00.

Be the first to comment.

Zrobione z miłości. Wszelkie prawa zastrzeżone.