Polska

Write a comment

Wakacje to szczyt sezonu autostopowego. Wiadomo, sporo osób ma dużo wolnego czasu, pogoda dopisuje, aż żal nie korzystać. Moje wakacje 2010 były jednak inne. Miałam już cel na następny rok – wolontariat w RPA, a jeszcze niekoniecznie miałam fundusze. Toteż czas podzieliłam między pracę, praktyki hodowlane, Woodstock, odwiedziny u chłopaka, koleżanek, weekend u siostry na Morskim Oku… jakoś nie po drodze było na stopa.

Jednak pod koniec września coraz silniej zaczęłam odczuwać brak tego sposobu przemieszczania się. Początkowo autostop był dla mnie tylko bezpłatnym sposobem podróżowania, ale jak już go spróbowałam to bardzo polubiłam. Dalej nie jeżdżę dużo, raczej od czasu do czasu. Wciąż korzystam z PKP, PKS, przeglądam tanie loty… ale za stopem czasem tęsknię i wtedy wyciągam kciuka :)
Pod koniec września nie miałam czasu na szaleństwa. Lada chwila miałam zacząć III rok studiów, więc padło na bardzo krótką wycieczkę – Wrocław –> Karłów (Góry Stołowe) i z powrotem.
Towarzyszyła mi Ania M. Wyruszyłyśmy dość późno w piątek, czekało nas ściganie się z zachodem słońca, a z drugiej strony ładne widoki skąpane w świetle zachodzącego światła.
Oczywiście podróż zaczęłyśmy tam, gdzie zaczyna się spora część wrocławskich stopów – czyli z Bielan. Tym razem z przystanku 612 (idealne miejsce). Przyznam, że nie za bardzo lubię łapać na przystankach. Zawsze mam wrażenie, że ludzie czekający na autobus patrzą na mnie z politowaniem, bo przecież nikt się nie zatrzyma… Tym razem nie czekałyśmy długo, może 3 minuty, a chyba nawet nie tyle. Był korek i jeden z pierwszych zakorkowanych samochodów po nas zjechał. Pani jechała do Kłodzka, więc większość trasy czekała nas w jej towarzystwie :) Zatrzymała się tylko dlatego, że byłyśmy dwoma dziewczynami. Warto nie bać się podróżowania w towarzystwie drugiej dziewczyny ;)

24 września 2010 roku był pięknym słonecznym dniem. Sam początek polskiej złotej jesieni prezentował się przepięknie w mijanych Górach Bardzkich czy Kotlinie Kłodzkiej. Zapowiadał się piękny weekend.
Na kolejnego stopa też nie czekałyśmy długo. Zatrzymał się chłopak, który już od Wrocławia miał jednego autostopowicza na pokładzie i tak razem jechaliśmy do Radkowa. Z Radkowa na Szczeliniec, gdzie planowałyśmy nocleg, to już tylko rzut beretem. Słońce niebezpiecznie zbliżało się do horyzontu, więc dalej próbowałyśmy łapać stopa. Ruch był mizerny, więc nie była to prosta sprawa, ale miałyśmy szczęście. Kierowca zatrzymał się tuż przed ścianą lasu. Ta droga nie do końca nam się podobała na tę porę dnia. Zmierzch już coraz bardziej przypominał noc (a tym bardziej w lesie), czekała nas droga pod górę poboczem wąskiej, ciemnej drogi i nie wiedziałyśmy, gdzie dokładnie zejść z drogi, żeby zacząć kierować się na szczyt. Nasz kierowca to wszystko wiedział, sam w młodości jeździł stopem, najczęściej w góry, więc odstawienie nas we właściwe miejsce nie było problemem i zajęło parę minut.

Było już zupełnie ciemno, gdy zaczęłyśmy pokonywać niekończące się schody prowadzące na górę. Schody w górach to głupi pomysł, znacznie bardziej męczą (przynajmniej mnie) i odbierają urok całemu spacerowi. Schronisko miało wciąż sporo wolnych miejsc, oprócz nas była tylko rodzina z dziećmi i rozwrzeszczane chlejące towarzystwo…
W sobotę rano miałyśmy oglądać wschód słońca, ale ja po kiepskiej nocy nie dałam rady zwlec się z łóżka. Na ten dzień miałyśmy zaplanowane trochę łażenia Szczeliniec – Błędne Skały – Pasterka – Szczeliniec. Góry Stołowe są niziutkie, więc w sumie czekał nas przyjemny spacerek :) Dzień był ciepły, słoneczny, przepiękny. Na wzniesieniach widać było zielone lasy, które były poprzetykane czerwieniącymi i złocącymi się powoli drzewami. Wzdłuż ścieżek leżały kamienie i skały, jakby przypadkowo porozrzucane przez przechodzące tą drogą olbrzymy. Najbardziej podobały mi się drzewa obejmujące korzeniami głazy, tak jakby z nich wyrastały. Zdziwiło mnie to, że przez całą trasę minęłyśmy kilka, może kilkanaście innych osób (była sobota, być może ostatni ładny weekend tego roku!). Tłumki były tylko na Szczelincu i Błędnych Skałach, ale szlak był puściutki. W sumie miło tak samotnie chodzić po górach :)

Trochę denerwujące były znaki na szlaku typu „Szczeliniec 1h 10min” by po 5 minutach był kolejny „Szczeliniec 1h 20min” :D może od tego czasu już to naprawili. Wróciłyśmy innym szlakiem, dlatego zamiast schodów wspinałyśmy się po korzeniach i kamieniach – znacznie przyjemniej niż dzień wcześniej.
Nie wiem czy ktoś z czytających był w Górach Stołowych? Mieliście to dziwne uczucie „sztuczności” lasu? Pół dnia czułam się jak na planie kiepskiego filmu, jakby wszystko wkoło było makietą – tekturowe głazy, plastikowe drzewa… w końcu zorientowałam się o co chodzi! W ogóle nie było wiatru, nawet pojedynczy listek się nie kołysał, nie było słychać szumu wiatru, ani śpiewu ptaków – ogólnie było dość dziwacznie. 2 lata później byłam w Skalnym Mieście w Czechach – to samo uczucie pustki i dziwnej ciszy.
Niedziela obudziła nas deszczem, ale już się powinnam do tego przyzwyczaić, deszcz zawsze mi towarzyszy. Chmury zeszły nisko, więc szczyt był cały we mgle. Nic przyjemnego, ale przeszłyśmy jeszcze trasę turystyczną Szczelinca. Tego dnia na szlaku spotkałyśmy dosłownie parę osób, innych wariatów ślizgających się na kamieniach i błocie (cud, że nie skręciłam kostki!).
W Radkowie dzielnie przystąpiłyśmy do łapania stopa i ciągnęło się to i ciągnęło dość długo… po długim czasie zatrzymał się chłopak, który podwiózł nas parę km i te parę km nas wybawiły :) szybko wszystko wróciło do normy. Bardzo szybko złapałyśmy coś do Kłodzka, a z Kłodzka panów wracających z Pasterki prosto do Wrocławia ;)

 

Say something here...
Loading comment... The comment will be refreshed after 00:00.

Be the first to comment.

Zrobione z miłości. Wszelkie prawa zastrzeżone.