Inne kraje

Photo 6 barcelona

Dwójka przyjaciół. Jeden, z początku rzucony na wiatr, pomysł. Tysiące niezapomnianych wspomnień

Nasz cel – Gibraltar – dojechać jak najtaniej, zrobić sobie zdjęcie z małpką i wrócić.

Spotkaliśmy się w niedziele, dzień przed wyjazdem, by wszystko dopiąć na ostatni guzik. Planowaliśmy zacząć naszą wyprawę we wtorek rano z wylotówki na Poznań w Gnieźnie. Całkiem przypadkiem w niedziele wieczorem okazało się, że jeden Pan w poniedziałek rano wyjeżdża z Wrocławia do Madrytu przez Barcelone i ma 2 wolne miejsca w aucie. Świetna okazja dla autostopowicza – za jednym zamachem pokonać ponad 2000 km, oszczędzając sobie godzin wyczekiwania na mrozie, aż jakiś przyjazny autostopowiczom kierowca się zatrzyma. Tak więc bez namysłu kupiliśmy bilety do Wrocławia i zaczęliśmy naszą wyprawe dzień wcześniej.

Poniedziałek, pobudka o 05:30 by zdążyć na pociąg. O 10 byliśmy już na dworcu głównym we Wrocławiu gdzie czekaliśmy na naszego kierowce, Krzyśka, z którym mieliśmy przejechać kolejne 2000km.

Wyjeżdżaliśmy z Polski w zimowych kurtkach, a po niespełna 24 godzinach byliśmy już w słonecznej Barcelonie gdzie temperatura w słońcu dochodziła do 27 st.

Jednak nie Barcelona była naszym celem, tak więc czym prędzej udaliśmy się w kierunku wylotówki, co zajęło nam trochę czasu.

Po drodze jeszcze zrobiliśmy zapasy chleba i wody, przez co nasze plecaki z ciężkich, stały się naprawdę ciężkie.

Znaleźliśmy dogodne, jak nam się zdawało, miejsce do łapania stopa z ładną zatoczką gdzie samochód mógł się zatrzymać przy drodze na Tarragonę i spróbowaliśmy szczęścia.

Po kilku godzinach bezowocnego stania w jednym miejscu postanowiliśmy wyruszyć przed siebie wzdłuż drogi, licząc, że jakiś kierowca się zlituje i zatrzyma.

 

Barcelona autostopem

 

Tak też się stało, jednak dopiero po kilku godzinach marszu po pasie awaryjnym. Nasz pierwszy kierowca podwiózł nas do miasteczka oddalonego od Barcelony o jakies 50km. Jechaliśmy wąską górską drogą wzdłuż pięknego południowego wybrzeża Hiszpanii. Pablo pokazał nam miejsce gdzie mogliśmy „na dziko” rozbić namiot i spędzić noc. Gdy zapytaliśmy o problemy związane z policją odpowiedział, że w Vilanova jest tylko dwóch policjantów więc nie będzie problemów.

Rozbiliśmy więc namiot i zjedliśmy kolacje (zupka z paczki + bagietka) i poszliśmy spać, by rano wyruszać dalej. Ok godziny 22 obudził nas jakiś dźwięk. Wychyliliśmy się z namiotu i zobaczyliśmy światła latarek i kręcących się w pobliżu dwóch lub trzech ludzi. Okazało się, że mieliśmy „szczęście” trafić na tych dwóch policjantów. Nie znamy katalońskiego ani hiszpańskiego a oni nie znali angielskiego. Z tego co się domyśliliśmy to kogoś szukali i nie zabardzo przejęli się naszą obecnością tak że nie robili nam problemów i pozwolili zostać na plaży.

Z samego rana wyruszyliśmy dalej. Tym razem poszło troszkę sprawniej i już po godzinie zatrzymało się sympatyczne małżeństwo, które podwiozło nas do samej Tarragony. Niestety tutaj dopiero przekonaliśmy się co to znaczy łapać stopa w okresie zimowym w Hiszpani. Wysadzili nas na pasie awaryjnym przy głównej drodze prowadzącej do Walencji, więc nie pozostało nam nic innego jak iść przed siebie.

Po kilku godzinach marszu w końcu udało nam się dotrzeć na stacje benzynową gdzie próbowaliśmy szczęscia u kierowców tirów, jednak każdy nam odmawiał. Nie pozostało nic innego jak tylko znów iść przed siebie z nadzieją, że jak poprzedniego dnia ktoś się zatrzyma.

Późnym wieczorem doszliśmy na Camping Joan w nadmorskiej mieścinie Cambrils. Wstaliśmy wcześnie rano, akurat gdy słońce wschodziło i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Tego dnia postanowiliśmy, że jeśli nie dotrzemy do Walencji to wracamy do Barcelony.

Po niespełna dwóch godzinach udało nam się złapać kierowce, z początku nie mogliśmy się dogadać, bo nie znał angielskiego, jednak po chwili okazało się, że jest Słowakiem także bez problemu dogadaliśmy się po Polsku. Podwiózł nas kilknanaście kilometrów dalej gdzie próbowaliśmy złapać kolejnego stopa. Po kilku godzinach, nie wiadomo skąd przyszła sobie Pani, rozstawiła krzesełko i poszła zmienić garderobę. Powiedzieliśmy sobie wtedy, że nie możemy dalej stać w tym miejscu wraz z prostytutka, także poszliśmy dalej.  Już wiedzieliśmy, że nie uda nam się dotrzeć na Gibraltar. Szukaliśmy najbliższej miejscowości skąd moglibyśmy wrócić pociągiem do Barcelony.

pociągiem do Barcelony

Udało nam się dojść do miasteczka przez które prowadziły tory. Okazało się, że to miasteczko wypoczynkowe, gdzie jest mnóstwo bogato wyglądających domów pozamykanych na cztery spusty i gdzieniegdzie jakiś człowiek robiący porządki przy swoim domku z basenem na ogródku. Dowiedzieliśmy się, że najbliższa stacja kolejowa jest w mieście oddalonym o ok 8km.

W ciągu tych 3 dni przeszliśmy ok 50km po asfalcie a przejechaliśmy jedyne 100km, nogi i plecy mieliśmy obolałe a stopy odparzone.

Pociąg do Barcelony kosztował nas prawie 12 Euro / os. W Barcelonie byliśmy przed 21, a jedyne czego wtedy pragneliśmy to znaleźć jakieś najtańsze miejsce do spania… i znaleźliśmy New York hostel noc bez śniadania 6.72 Euro w przyzwoitych warunkach i ciepłą wodą.

Cały następny dzień spędziliśmy na kurowaniu naszych stóp i zwiedzeniu kawałka Barcelony.

Po dwóch nocach spędzonych w Barcelonie trzeba było powoli wracać do domu.

Tamtego dnia częściowo stopem, częściowo pociągiem dostaliśmy się do Girony, gdzie załatwiliśmy sobie nocleg u CouchSurfera imieniem Gary.  Pozwiedzaliśmy trochę miasto po czym udaliśmy się z nim do jego domu.

Gary zrobił nam pizze na kolację, po czym poczęstował trunkiem zwanym Ratafia, który jest mieszanką wódki i różnych ziół, na lepsze trawienie. Rano zjdliśmy z nim śniadanie, odwdzięczyć się mu mogliśmy tyko pozmywaniem naczyń po śniadaniu i zaproszeniem do Gniezna.

Z Girony już nie było tak ciężko się wydostać. Po niecałej godzinie zatrzymała się miła starsza Pani, która podwiozła nas kawałek, w dodatku podarowała butelkę wody i cukierki. tego samego  dnia przejechaliśmy ponad 500km, z Marokańczykami do tego muzułmanami, z którymi dogadywaliśmy się tylko na migi i za pomocą mapy. Poczęstowali nas  kurczakiem, mandarynkami i puszką coli. Po posiłku jeden z nich, ten bardziej gorliwy poszedł się pomodlić.

Około godziny 19 dotarliśmy na stacje benzynową przy autostradzie niedaleko Valence we Francji, gdzie poznaliśmy dwie francuzki, które też próbowały dostać się do domu. Wymieniliśmy się numerami telefonów, po czym zaproponowały nam nocleg jeśli byśmy utknęli w ich miejscowości. Na szczęście po chwili udało nam się zagadać do jednego Francuza który jechał kawałek za Genewe. Nie planowaliśmy jechać przez Szwajcarię no ale cóż, nie będziemy wybrzydzać :)

W Genewie byliśmy dosyć poźno, więc zaproponował nam nocleg u swojego przyjaciela. Od razu nam się humor polepszył, jednak równie szybko mina nam zrzedła, gdy okazało się, że jego przyjaciel mieszka w środku północnych Alp, w kamperze i w dodatku jest hodowcą marihuany. Spaliśmy pomiędzy torbą pełną haszyszu. Rano nasz kierowca podrzucił nas na stacje i postawił kawę.

W ciągu kilku godzin udało nam się dotrzeć na odpowiednią autostradę z której zwinęła nas szwajcarska policja. Na szczęście udało się uniknąć mandatu i jeszcze mieć podwózkę do najbliższej miejscowości. A jak wiadomo każdy kilometr się liczy :)

Późnym popołudniem udało nam się przekroczyć granicę Szwajcarsko – Niemiecką. Jak wiadomo w Niemczech Polaka spotkasz częściej niż grzyby w lesie tak więc długo nie musieliśmy szukać a znaleźliśmy transport do samej Polski dokładnie Wągrowca skąd już tylko 45km do domu.

Cała wyprawa trwała 9dni.
przebyliśmy 4 670 km (z czego ok 80 km pieszo :/ )
złapaliśmy 15 aut
Kosztowało nas to 282,92 zł / osoba
Zdobyliśmy doświadczenie i tysiące wspomnień

 

 

Zrobione z miłości. Wszelkie prawa zastrzeżone.