Inne kraje

detroit

Moją podróż po Stanach Zjednoczonych planowałem w pośpiechu, gdy w Internecie pojawiły się bilety autokarowe za $1. Na szybko zarysowałem sobie jakąś trasę i dokonałem rezerwacji. Za przejechanie 4500km zapłaciłem zaledwie $50. Uśmiech na twarzy momentalnie zniknął, kiedy zacząłem czytać o Detroit. Okazało się, że będę 2 dni w jednym z najniebezpieczniejszych miast świata. Czytając artykuły z nagłówkami podobnymi do tego niżej, pojawiał mi się w głowie natłok myśli.

Zrzut ekranu 2015 04 20 o 21.32.13 kopia

Podróżując już po USA i spotykając coraz to nowych ludzi zauważyłem, że każdy bladł na jedno słowo – „DETROIT”. Ostatnim przystankiem przed tym miastem było Chicago. Spałem tam u pary z couchsurfingu, która miała okazję odwiedzić „The Heidelberg Project„. Przed moim wyjazdem powiedzieli tylko „Jeżeli już musisz tam jechać to nie idź w to miejsce, byliśmy w dzień i było strasznie.”, no cóż – człowiek uczy się na błędach.

Do Detroit dotarłem wieczorem. Dwie noce spędziłem u Derek’a z airnbnb, który odbywał akurat praktyki w jednym ze szpitali. Na dworcu autokar zawitał przed północą, nigdzie dookoła nie było widać białych ludzi. Sporo osób chodziło w kapturach i spoglądało na mnie nieswojo. Ewidentnie wyglądałem na turystę lub kogoś kto szuka problemów. Zabrałem swój plecak z ziemi i udałem się w kierunku przystanku. Z okna autobusu widać było opuszczone budynki, niektóre po pożarach. Wchodząc do mieszkania mojego hosta wiedziałem już, że jest to miasto widmo.

IMG 1962

IMG 1962

Z różnych źródeł dowiedziałem się, że na obrzeżach miasta, w pustostanach, gdzie nawet Policja boi się zaglądać produkuje się twarde narkotyki. Posiadanie tutaj broni jest całkiem legalne i nikogo nie dziwi (w innych miastach jest podobnie).

IMG 1966

Kolejnego dnia odbywał się w Detroit mecz baseballu. Chciałem spróbować kolejnego po NBA sportu w USA, dlatego z wyprzedzeniem zaopatrzyłem się w bilet. Mecze miejscowych Tigersów to chyba jedna z nielicznych okazji aby zobaczyć w mieście jakiekolwiek życie.

IMG 2029

IMG 2029

IMG 2029

 

Nie udało mi się wysiedzieć do końca tego spotkania, pewnie powodem była nieznajomość zasad gry. Praktycznie cała widownia to osoby przyjezdne z innych miast, nie brakowało też Kanadyjczyków. Panowie w odblaskowych kamizelkach z fotki powyżej sprzedawali piwo, a na kartce przyklejonej do skrzynki widnieje napis „2 BEERS LIMIT”. W Polsce by to zapewne nie przeszło.

Wracając do domu zahaczyłem o jakiś market, na każdy produkt dostałem osobną reklamówkę. Co za hojność. Zrobiłem sobie tosty, popiłem wiśniową colą i spisałem na kartce numery autobusów.  Postanowiłem dotrzeć do miejsca które mi odradzano.

Nieopodal domu znajdował się przystanek. Właściwie kiedyś to miejsce mogło go przypominać. Zdezelowanym autobusem, ściśnięty między ludźmi dotarłem do dworca. Czas leciał, a ja spotykałem się coraz to z większą ilością spojrzeń. Nie pasowałem tam. Chodziłem dookoła modląc się żeby już tylko kolejny autobus nadjechał. Minęło 30 minut, potem 60… Zastanawiałem się czy nie wrócić do domu, gdyż robi się ciemno. Jak nie teraz to nigdy. Po kolejnych 30 minutach autobus w końcu się pojawił. Pokazałem kierowcy na telefonie gdzie chcę dotrzeć, miał mi powiedzieć gdzie wysiąść. No właśnie… miał, kiedy po jakimś czasie włączyłem nawigację zobaczyłem, że właśnie to miejsce minęliśmy. Zagadnąłem do niego ponownie, miałem rację – przeprosił i zatrzymał pojazd.

Wysiadłem i podążałem za wskazówkami telefonu. Pośród zrujnowanych budynków były także te zamieszkałe, głównie bliźniaki. To chyba ostatnie miejsce w którym chciałbym zamieszkać. Zaraz za mną zatrzymał się samochód, uff tylko parkował.

IMG 2060

IMG 2060

Po skręceniu w drugą uliczkę znalazłem się w miejscu o którym czytałem. Pełno malunków na asfalcie, różne rzeczy porozwieszane na domach. Wszystko to wyglądało przerażająco na dodatek, że dookoła nie było nikogo poza mną. Zdjęcia chyba najlepiej oddadzą ten klimat, choć dysponowałem tylko telefonem.

IMG 2084

IMG 2084

IMG 2084

IMG 2084

IMG 2084

IMG 2084

Kiedy postanowiłem wracać, zorientowałem się, że nie mam drobnych na bilet. Dotarłem na główną drogę i zobaczyłem stację paliw. Nie było tam po prostu kas tylko pancerna szyba, tak jak u nas w kantorach. Podszedłem do okienka i spytałem o możliwość rozmienienia pieniędzy. W odpowiedzi zostałem zasypany pytaniami skąd jestem i co tutaj robię. Po mojej odpowiedzi, kasjer oddalił się gdzieś na chwile. W rogu otworzyły się drzwi i kazał mi wejść z nim za szybę. „Nie powinno Ciebie tutaj być, w tej okolicy jest niebezpiecznie, tutaj ludzie potrafią zabić tylko dlatego, że mają zły dzień. Jeśli chcesz jechać autobusem to nie wychodź na dwór póki nie przyjedzie, lepiej posłuchaj.” – po tych słowach rozmienił pieniądze, a mi zabrakło słów po raz kolejny.

Nie mogłem zostać w środku, ponieważ autobus by się nie zatrzymał. Wziąłem drobne i poszedłem na przystanek. Na szczęście długo nie musiałem czekać. Na pytanie zadane kierowcy czy jedzie na dworzec nawet nie uzyskałem odpowiedzi. Z kamienną miną wskazał, że mam przejść do tylnej części pojazdu. Próbowałem nie myśleć o tym, że każdy patrzy się na mnie jak na karpie które zaraz trafią na stół podczas świąt.

Gdy zza szyb zaczął wyłaniać się dworzec byłem lekko spokojniejszy. Niestety, tylko na chwilę. W momencie znalezienia się na zewnątrz wszędzie czuć było zapach palonego zielska. Na dworcową poczekalnię wejście było z jednej strony, reszta była otoczona blachami. Po skierowaniu się do niego grupka czarnych gości w kapturach zaczęła coś do mnie krzyczeć i zaczęli podążać w moją stronę. Nie był to oznak sympatii, a ja postanowiłem, że do domu wrócę pieszo.

Po drodze mijałem jeszcze ludzi wnoszących kartony do ruin, pełniły zapewne funkcje karimaty. Odetchnąłem z ulgą dopiero następnego dnia gdy siedziałem w autobusie do Pittsburgh’a.

PS. na facebooka wrzuciłem krótki filmik z tego miejsca :)

 

 

Zrobione z miłości. Wszelkie prawa zastrzeżone.